17 lipca 2015

Baklawa - bliskowschodnie złoto dla zuchwałych.

"Orzechy, miód i ciasto francuskie" - pomyślałam po pierwszym kęsie. Na pierwszy rzut oka, a raczej smak języka, baklawa wygląda i smakuje dość oczywiście i jednoznacznie, a przede wszystkim przeraźliwie słodko. Sposób przygotowania również wydawał mi się banalny. Nic bardziej mylnego! W przepisie nie było ani miodu, ani ciasta francuskiego, a przyrządzenie baklawy to proces - choć z pozoru prosty - żmudny, niezwykle czasochłonny i wymagający ogromnej... siły. Raj dla podniebienia, piekło dla rąk i dłoni.

 

 

W maju zasypywałam Was na instagramie zdjęciami z Turcji, choć samego kraju było na nich niewiele. Pojawiało się za to sporo pięknego hotelu i przepysznego jedzenia. Wyjazd służbowy nie pozwolił mi na poznawanie Turcji tak jakbym tego chciała, ale pozwolił na zaglądanie za kulisy pracy hotelu, a przez to poznanie także trochę jego pracowników i ich historii. No i najadłam się baklawy po wsze czasy!

Jedzenie w ogóle było wyśmienite. Okazało się, że szef kuchni to taki odpowiednik naszego Okrasy czy Pascala, albo i lepiej - gotował w kilkunastu krajach świata, ma swój program w TV, wydaje książki kucharskie i - przede wszystkim - niesamowicie gotuje. Zachwalałam idealnie ścięte jajka sadzone z cudownie rozlewającym się żółtkiem, które serwowane były na śniadania, boskie ryby w czasie lunchu i przepyszne owoce morza na kolację. Sushi było najlepszym, jakie kiedykolwiek jadłam. A każdy (dosłownie każdy) posiłek kończyłam najlepszym deserem świata, czyli baklawą. 

Najpiękniejsze i zdecydowanie najlepsze sushi jakie w życiu jadłam!

Nie tylko ja zachwycona byłam tym cukierniczym cudeńkiem. Wszystkie pochwały (a nawet prośby o przepis) dotarły do szefa kuchni, który postanowił zdradzić swój sekret i podzielić się swoim sposobem na baklawę. Nie dostałam jednak receptury na kartce, tylko... Zostałam zaproszona do kuchni. Idealnie sterylnej, uporządkowanej i chodzącej jak w zegarku hotelowej kuchni. Przyodziałam fartuszek, na głowę ubrałam prawdziwą kucharską czapkę i zaczęłam... robić zdjęcia.

W hotelu zatrudniony jest specjalny cukiernik, który zajmuje się tylko i wyłącznie pieczeniem baklawy. Tak, jest w tym piekielnie dobry. W każdym razie na tyle dobry, żeby zarabiać prawie cztery tysiące euro miesięcznie. Każdego dnia wałkuje setki warstw tego przysmaku. Niby najprostsze ciasto świata - mąka, woda, jajka, potem roztopione masło. Wszystko dobrze wyrobić (wymieszać można robotem, potem już tylko praca ręczna) i do wałkowania!  I to takiego, które pozwala zastąpić kilka godzin harówy na siłowni. Niełatwo wałkuje się ten typ ciasta, a do stworzenia baklawy potrzebujemy warstw cienkich jak pergamin. Najpierw wałkuje się je oddzielnie, potem kilka naraz (wtedy należy przesypywać je bardzo grubo mąką ziemniaczaną) i tak aż do uzyskania pożądanego efektu, czyli mniej więcej grubości pojedynczej warstwy delikatnej serwetki. W tym tkwi właśnie jej cały sekret. 



Gdy wszystko mamy już pięknie rozwałkowane, formę należy wysmarować obficie tłuszczem. Układamy kilka warstw ciasta, oddzielając je masłem, po czym posypujemy ciasto mieszanką drobno (ale bez przesady) posiekanych orzechów. I znowu warstwy, i znów orzechy. A na koniec to wszystko trzeba obficie polać tłuszczem i udekorować orzechami. Mistrz używał takiej mini miotły - miotełki, podobnej do tej słomianej, którą to się kiedyś ogródki zamiatało. Ach, zapomniałabym! Zanim w formie wyląduje ostatnia warstwa tłuszczu, baklawę trzeba koniecznie pokroić! Tak, zanim wsadzi się do piekarnika. Otóż w trakcie pieczenia ciasto zrobi się niesamowicie kruche i rozwarstwione, do tego stopnia, że późniejsze krojenie nie podołałoby małym kosteczkom. Jest też dodatek, czyli super słodki sos: woda rozpuszczona z cukrem i sokiem z cytryny. Po upieczeniu zalewa się nim całą blachę, wzdłuż przecięć.

Krojenie, tłuszcz, krojenie, tłuszcz... Niezbyt zdrowa rozpusta.

Przygotowanie jednej małej blaszki zajęło cukiernikowi ponad dwie godziny i to jeszcze bez pieczenia. Sama próbowałam rozwałkować jedną warstwę, ale po kilku długich minutach zwyczajnie się poddałam. Chwyciłam też za nóż, żeby pokroić przygotowaną do pieczenia baklawę - niestety i to nie było takie proste. Choć uwielbiam gotować i zdarza mi się spędzać w kuchni naprawdę dużo czasu, zdecydowanie nie jestem jeszcze gotowa, żeby stawić czoła prawdziwej baklawie. A podróby z ciasta francuskiego wolę nawet nie próbować.

---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :)
Zapraszam Cię również na  facebook'owy fanpage!